Portal - Stary Sącz
polski Poniedziałek - 19 października 2020 Michaliny, Michała, Piotra     "Bogactwo w radości nie zależy od sakiewki, lecz od serca" - Jeremias Gotthelf
Strona główna / Z Grodu Kingi-nr 4-6 (263-265) 2019 r.
Menu
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Kazanie wygłoszone 9 czerwca przez ks.Romana Stafina
Ogłoszenia i Kronika parafialna
Święto Rodzin 2019 - podopiecznych Środowiskowego Domu Samopomocy
Partnerstwo dla książki 2019
Święci nie przemijają. Święci żyją świętymi i pragną świętości…
Dla uczczenia 20. rocznicy wizyty papieskiej św.Jana Pawła II w Starym Sączu
Wspominamy Martę Dąbkowską - spotkanie z jej poezją
Rozmowa z Georgiem Weissem - dyrygentem Miejskiej Orkiestry w Starym Sączu
Uroczysta gala z okazji 100 rocznicy powstania Orkiestry w Starym Sączu
Nowa inicjatywa - ranking Genialni Lokalni Globalni
WYWIAD Z BURMISTRZEM JACKIEM LELKIEM
Po dwudziestu latach - Andrzej Długosz
Wspomnienie - Jacek Lelek
SPRAWOZDANIE KO Wizyty Papieża Jana Pawła li na Sądecczyźnie
Sądecczyzna długo czekała na kanonizację matki Kingi
Organizacja pielgrzymki Jana Pawła II do Starego Sącza
Kanonizacja bł.Kingi. Przygotowania w Klasztorze Sióstr Klarysek
Wspomnienia w 20. rocznicę wizyty papieża Jana Pawła II w Starym Sączu
Msza Święta na ołtarzu papieskim w Starym Sączu w dniu Święta Rodziny
40 rocznica święceń kapłańskich księdza Romana Stafina
Ludowe obchody dnia świętych Wojciecha i Jerzego
Kalendarium
Okładka

.
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec
Kazanie wygłoszone 9 czerwca przez ks.Romana Stafina
z okazji 40 rocznicy przyjęcia sakramentu kapłaństwa
 
    Mój Ojciec kochał ziemię. Uprawiał ją z miłością. W sezonie wstawał przed świtem, karmił konie, ładował narzędzia rolnicze na wóz i, gdy dniało, wyjeżdżał w pole. Ze słowami: „No to w imię Boże”, wbijał ostrze pługa w ziemię. Całymi godzinami szedł za pługiem, wtedy jeszcze jednoskibowym. W ciągu dnia pokonywał dziesiątki kilometrów. Od czasu do czasu odpoczywał. Koniom dawał obrok, siadał na pługu i wyciągał z torby coś do jedzenia. Po posiłku zapalał papierosa i patrzył, długo patrzył z lubością na pięknie ułożone skiby świeżej ziemi. Po zaoraniu pola wracał do domu zmęczony, ale szczęśliwy. Wtedy mówił do nas: „Ale dobrze się łorało, jak po maśle”. I siadał z ulgą do kolacji. Późnym wieczorem brał do ręki motykę i wracał na zaorane pole, aby na jego rogach skopać ziemię, której nie udało się do końca zaorać. Gdy zaorany zagon odpowiednio przesechł, trzeba było go zbronować. Aby dobrze spulchnić ziemię, Ojciec poganiał mocno konie i biegł obok bron. Nie zawsze bronowanie wystarczało, aby przygotować pole pod zasiew. Wtedy chodził z motyką po polu i rozbijał większe gruzły. Czasami zabierał mnie i brata ze sobą do pomocy. Tak uprawiona gleba czekała na przyjęcie ziarna.
 
    Dzień siewu był dla mojego Ojca wyjątkowo ważnym dniem; dniem, w którym on uznał, że kruchość ziemi i jej wilgotność stworzą optymalne warunki na przyjęcie ziarna. Ojciec wsypywał ziarno do siewnika i przeglądał je jeszcze; przegarniał je dłońmi tam i z powrotem, jak gdyby chciał się jeszcze raz upewnić, że ziarno jest w porządku. W czasie siewu zatrzymywał się od czasu do czasu, sprawdzając, czy ziarno ze wszystkich dysz siewnika równomiernie wpada w ziemię. Te miejsca, do których nie można było dojechać siewnikiem, zasiewał, czerpiąc dłonią ziarno z koszyka. Po skończonej pracy wracał Ojciec do domu i z satysfakcją nam obwieszczał: „Dobrze się zasiało”. Ziarno zostało wrzucone w ziemię i czekało, aż Bóg da wzrost.
    W tym wszystkim, co Ojciec robił, było jedno widoczne: miłość do ziemi i troska o nią, aby zatęskniła za ziarnem, by go przyjęła i by wydała obfity plon.
 
    Przecież takie jest zadanie kapłana - aby człowiek zatęsknił za ziarnem Bożego Słowa, za odkryciem Boga na nowo i głęboko!
    Mój siew, kapłański siew, zaczął się 24 maja 1979 roku i trwa już 40 lat. Dziś razem z wami, Drodzy Bracia Kapłani, Umiłowane Siostry Klaryski, Kochani Siostry i Bracia, dziękuję Bogu w Trójcy jedynemu za ten czas i za obfitość Bożych łask, których doświadczałem i ciągle doświadczam.
 
I tak, dziękuję Bogu:
    - za przygotowanie gleby mojej duszy, wśród dojrzewających na rodzinnych szerzyńsko-ołpińskich polach łanów zbóż, do przyjęcia daru kapłaństwa;
    - za mądrość ojca duchownego w seminarium; głębia jego myśli otwierała nas, kleryków, na nadzwyczajne działanie łaski Bożej, co stwarzało ogromne możliwości - także w charakterze przygody - duchowego rozwoju;
 
Dziękuję Bogu:
    - za spotkanie się - w pierwszej mojej parafii - z prostą i pełną ufności pobożnością ludu Sądecczyzny, który mieszkał na pagórkach Nawojowej, Frycowej, Czaczowa, Bączy-Kuniny, Złotnego i Barnowca; lud ten żył wtedy biednie z tego, co Bóg mu dał, a nigdy nie wątpił, że On go prowadzi;
    - za pełne życia i chrześcijańskiej radości młode rodziny z setkami pierwszokomunijnych dzieci, mieszkające w wieżowcach tarnowskiego osiedla „Jasna” - to druga moja parafia, MB Fatimskiej; dziękuję Bogu za te rodziny, które cierpiąc w stanie wojennym, tłumiącym zryw wolności, stały w kolejce przed kościołem, aby otrzymać kawałek sera, garść mąki czy odżywkę dla dzieci;
    - za otwartość i wrażliwość młodzieży z tarnowskiego I liceum - to już parafia katedralna - młodzieży, która w okresie rosnącej w siłę „Solidarności” szła krok w krok z Kościołem; za tych chłopców i dziewczęta, otwartych i krytycznych, ale tak zasłuchanych, gdy mówiłem im o patriotyzmie kardynała Wyszyńskiego i majora Sucharskiego, dowódcy obrony Westerplatte.
 
Dziękuję Bogu:
    - za możliwość kontynuowania studiów teologicznych w Innsbrucku; za wznoszące się nad uniwersytetem szczyty łańcucha Bawarskich Alp - z dumnym Rumer Spitze - które symbolizowały mi prawdę, że mądrość filozofii i teologii musi być ubogacana spojrzeniem w górę;
    - za doświadczenie, bliskiego polskiej duszy, umiłowania wolności przez Tyrolczyków, których zaprawiało do walki o nią zmaganie się z surową alpejską naturą w myśl zasady: „Kamienie muszą dać chleb”;
    - za spacery brzegami Fryzji w północnych Niemczech, misjonowanej kiedyś przez św. Bonifacego, a dzisiaj tak niewiele mającej wspólnego z niebem, które tam tak pięknie spotyka się z morzem na linii horyzontu; to spotkanie bardzo mnie uspokajało, także wtedy, gdy zauroczony bogactwem księgarni „Herdera” w Muenster, z „parującą” głową wracałem nad brzeg morza, zastanawiając się, jak przełożyć mądrość tych tysięcy książek na język człowieka, któremu wydaje się wystarczać materialnie wygodne życie na tej ziemi;
    - za przeżycie w kraju Saary prawdy, że pojednanie zwaśnionych przez wieki narodów - Niemców i Francuzów - było możliwe;
    - za ciepło katolickiej ręki, wyciągniętej do mniejszości protestanckiej, mieszkającej nad środkowym Renem; i odwrotnie, za osobiste doświadczenie otwartości braci i sióstr, członków Ewangelickiego Kościoła, wobec katolików, żyjących w diasporze w Dolnej Saksonii;
 
Dziękuje Bogu:
    - za funkcję ojca duchownego i za wykłady w seminarium, a tam za świeżość wiary kandydatów do kapłaństwa i ich pragnienie bezkompromisowego pójścia za Chrystusem;
    - za bliskość nieba odczuwaną w murach klasztoru benedyktyńskiego, stojącego dumnie na zboczu Retyckich Alp, łączących Austrię, Szwajcarię i Włochy; za bliskość nieba postrzeganą przez Monstrancję, niesioną tam wysoko w eucharystycznej procesji; za spotkanie z myślami św. Teresy z Avila, św. Jana od Krzyża i kard. J. Newmana, w ich książkach, wyciąganych z plecaka z kawałkiem alpejskiego sera i podpłomykiem z klasztornej piekarni; myślami niesionymi dalej szumem górskiego potoku;
    - za grupę modlitewną, powstałą jako pierwsza w mojej niemieckiej parafii; za wyproszenie przez nią następnych, które powstawały; za tak wielu ofiarnych współpracowników, którym miesiąc temu z serca dziękowałem; za doświadczenie życia i pracy Kościoła w Europie.
 
   A potem łaska Boża przyprowadziła mnie tutaj, do klasztoru, do naszych umiłowanych Sióstr Klarysek i do was, kochani Siostry i Bracia. Kończąc moją funkcję kapelana Sióstr Klarysek dziękowałem im mówiąc, że przeżyłem wśród nich, mówiąc językiem biblijnym, siedem „tłustych” lat; jedna siostra przyglądając mi się uważnie powiedziała: „No, nie widać tego”. A ja na to: „Siostro, ja mówię o sprawach duchowych, a siostra ocenia mnie według mojej cielesnej postury”. Tak, to były - i są jeszcze - duchowo tłuste lata: patrzyłem na siostry, rozmawiałem z nimi, słuchałem ich, modliłem się z nimi i… duchowo - jestem o tym przekonany - wzrastałem; podzieliłem się moim duchowym doświadczeniem w moich książkach, które w tym czasie się ukazały. A od was, kochani Bracia i Siostry, którzy tę naszą klasztorną świątynię nawiedzacie, doznawałem zawsze takiej ciepłej, serdecznej życzliwości, no i… tyle, tyle waszych zapewnień o modlitwie. Bóg zapłać! Cieszę się, że „Margaretki” otaczają nas żarliwą modlitwą. Jest nam ona bardzo potrzebna, szczególnie teraz, gdy doświadczamy ataków na Kościół i na nas, kapłanów.
 
To modlitwy zanoszone w tym klasztornym kościele, wytrwale przez Siostry, ale także przez Was, kochani, sprawiły, że odzyskałem w znacznej mierze mój głos. Owszem, wiele ćwiczyłem jeżdżąc przez kilka lat na terapię do Krakowa, ale bez wyproszonej, szczególnej, łaski Bożej, osiągnięcie takiej poprawy nie byłoby możliwe; o tym jestem głęboko przekonany. Ja to odbieram jako nadzwyczajną Bożą łaskę, za którą każdego dnia z serca dziękuję; bo to jest łaska (!): móc tak normalnie, bez szczególnego wysiłku i lęku, czy głos wytrzyma do końca, odprawić Mszę św., przeczytać Ewangelię, wygłosić kazanie… Toż jest łaska (!) Ufam, że moi koledzy, kapłani, tu obecni, są świadomi tego ich własnego obdarowania.
 
Dziękuję Bogu za obecną funkcję ojca duchownego kapłanów; dziękuję za to, że mogę dzielić się z braćmi kapłanami moim doświadczeniem i prosić o potrzebne łaski dla nich.
 
Na koniec dziękuję Bogu za mojego, już wspomnianego, śp. Ojca Eugeniusza, za jego umiłowanie ziemi, polskiej ziemi i za ciężką pracę na niej; dziękuję Bogu za moją śp. Mamę Agnieszkę, za jej modlitwę; za to, że gdy spędzałem urlop w domu rodzinnym, to Mama wieczorem wchodziła do mojego pokoju i widząc, że coś czytam lub piszę, że pracuję, pytała nieśmiało, czy odmówimy razem różaniec; oplataliśmy tymi różańcami Ojczyznę, Kościół, rodzinę, kapłanów, oddając ich wszystkich - omadlanych - w opiekę Maryi; dziękuję Bogu za mojego Brata Kazimierza i jego Rodzinę, za moją bratową Krysię, za bratanice Karolinkę i Kingę, za bratanka Mateusza; Kochani, dziękuję Wam za to, że po każdych odwiedzinach, po każdym spotkaniu z Wami, wracam duchowo umocniony w moim powołaniu i w mojej kapłańskiej służbie…
 
I jeszcze jedno:
    Jak to dobrze, że przez moje kapłańskie 26 lat prowadziły mnie po drogach Kościoła w Polsce i w Europie myśl, słowa i postawa Ojca Świętego Jana Pawła II, prawdziwie świętego, bo z woli ludu, któremu służył. Żyć w czasie, w którym żyje święty, taki Święty, to łaska, łaska nadzwyczajna (!)
 
W 10 dni po przyjęciu sakramentu kapłaństwa pielgrzymowałem na Jasną Górę, aby tam, 4 czerwca, przeżyć spotkanie z Janem Pawłem II. Zostały we mnie słowa, które on tam wypowiedział:
„Trzeba przykładać ucho do tego świętego miejsca, aby czuć jak bije serce narodu w sercu Matki. (…) Trzeba usłyszeć echo życia całego narodu w Sercu jego Matki i Królowej! A jeśli bije ono tonem niepokoju, jeśli odzywa się w nim troska i wołanie o nawrócenie, o umocnienie sumień, o uporządkowanie życia rodzin, jednostek, środowisk, trzeba przyjąć to wołanie. Rodzi się ono z miłości matczynej…” - widzimy, że to wołanie Jana Pawła II także dzisiaj jest aktualne!
 
Za tę miłość matczyną wobec naszego narodu i za tę miłość matczyną, której ja w moim życiu doświadczam, chcę, po Komunii Świętej, razem z Wami, Kochani Bracia i Siostry, wyśpiewać Bogu radosne Magnificat.
 
Interaktywna Polska
Webmaster: Jan Czech